środa, 11 lutego 2015

Zabliźniam publicznie te krwawe, prywatne rany.

Tak wiele rzeczy w moim życiu dzieje się bez mojego udziału, wiedzy i chęci, że jest to aż przerażające. 

W ciągu ostatnich paru tygodni stan mojej egzystencji obniżył się do wegetowania bez nadziei na jakąkolwiek poprawę, oczekując na cud. A z wiarą w ten cud było jak z płomieniem świeczki z za krótkim knotem, pływającej po kałuży w czasie deszczu... ale wbrew wszelkim prawom logiki mój płomyczek do końca nie zgasł i chwała mu za to, bo skończyłabym pewnie z pętlą na szyi. Nieee! Kogo ja oszukuję? Wybrałabym bardziej poetycki rodzaj śmierci. Chociaż do Sylvii Plath mi daleko (JESZCZE!).

Nie będę pisać o tym DLACZEGO do cholery ostatnio zabrakło mi całkowicie chęci do życia. Ważne, że teraz stopniowo ją odzyskuję i niemal każdy z mojego otoczenia zdążył już to zauważyć, dzięki czemu odkryłam, że nie wszyscy ludzie na świecie mają mnie gdzieś. Gdzieś mają mnie tylko ci, którzy nie zasługują nawet na moje towarzystwo. A co tam! Trzeba się cenić. To nic, że wcale tak nie myślę i że dałabym bardzo wiele za odrobinę kontaktu z Niektórymi. 

Wszystko zmierza ku lepszemu. Krzywizna mojego uśmiechu zaczyna być widoczna. Teraz błagam Wszechświat, żeby zesłał jeszcze Kogoś lub Coś, co przywróci ją do poprzedniego stanu.


Ps. Parafraza klasyka marzyła mi się od dawna, a swoje marzenia trzeba spełniać! Nie wierzcie w to, że marzenia przynoszą same rozczarowania. Co by nam - biednym, stłamszonym, zdeptanym, ograbionym i oplutym, niepewnym swojego losu duszyczkom zostało z życia, jeśli nie one?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz