niedziela, 21 września 2014

( )

Czy tylko ja mam bezprzerwy uczucie bliżej niezdefiniowanej wewnętrznej pustki, której nie potrafię niczym wypełnić? Niedosyt czegoś, czego nawet nie potrafię określić, ale czego cholernie mi brakuje?

Kiedyś przez krótki czas miałam wrażenie, że jestem kompletna, ale teraz nawet nie jestem pewna, czy to uczucie było prawdziwe.

Czasem śni mi się, że wybawia mnie książe z bajki i sprawia, że jestem szczęśliwa. Tak naprawdę szczęśliwa. Przykro mi to stwierdzić, ale to są chyba najlepsze chwile mojego obecnego życia. Będąc szczera sama ze sobą stwierdzam, że nie mam już żadnych przyjaciół, nie mam z kim wyjść w bardzo ograniczonym wolnym czasie, moja rodzina skrycie ma mi za złe całą tę zjebaną przeszłość, a perspektywy na poprawę mojej żałosnej egzystencji są równe 0.

A co jest najgorsze to fakt, że nie mam już siły się starać, bo to nigdy nie wychodzi. Odpuszczając sobie, przynajmniej unikam rozczarowania.

Tak, uwielbiam się nad sobą użalać. Nie, wcale nie. Po prostu uważam, że duszenie tego wszystkiego w sobie jest równie toksyczne jak dekstrometorfan, chociaż kosztuje nawet mniej niż to gówno.





Czasem chciałabym porzucić wszelką nadzieję, ale ta iskierka ciąglę się we mnie tli. Zadeptywana niezliczoną ilość razy, nie chce mi dać spokoju i nadal przekonuje, że światem rządzi jakaś równowaga i sprawiedliwość, więc jednak będzie dobrze.

1 komentarz:

  1. Pisz więcej ciekawych wpisów, bo się je dobrze czyta. Widać, że masz talent do tego ;)

    OdpowiedzUsuń